Jestem adresatem wielu wypowiadanych na tych łamach opinii, pozwolę więc sobie na krótkie wyjaśnienie i odniesienie. Po co komu rozpatrywanie chamstwa jakiegoś Bańczyka? Albo oburzenia, stresu i traumy jego adwersarza? Kogo to obchodzi? To pomyłka.
Strategia marki Poznań to układ wielu zależności logicznych, analiz i prognoz oraz rekomendacji działań. Żeby promocja wizerunku (niematerialna) kiedyś zaskutkowała rozwojem (materialnym) miasta. Taki zbiór przekładni i cylindrów. Silnik autobusu. Jestem (wraz z kolegami) projektantem tego silnika i wspieram jego konstrukcje. Wiem jak działają tego typu systemy, jak rozwijają się miasta, wierzę, że nasz też zadziała. Przekonamy się najwcześniej za kilka lat. Teraz możemy rozmawiać o sensowności konstrukcji. I tyle. Zarządzanie marką Poznań, a zwłaszcza - popularyzacja i zjednywanie poparcia dla nowego wizerunku miasta, to rodzaj nawigacji przez żywioł społeczny. To kierowanie autobusem pełnym podekscytowanych pasażerów na zatłoczonej ulicy, utrzymywanie kierunku, łagodzenie sporów, koncyliacja. Nie jestem i nikt z moich współpracowników nie jest kierowcą tego autobusu. Jest nim miasto w znaczeniu UM. Nikt inny nie może być.
My (IKER/JUST) odpowiadamy za konstrukcję i funkcjonowanie mechanizmu marki. Być może to, co zaproponowaliśmy nie jest jedynie słuszne, ale na pewno jest słuszne. Gdybym tak nie uważał, jaki byłby sens proponowania takiego rozwiązania? Dotychczasowe głosy nie dotyczą konstrukcji, tylko - nawigacji. Zgadzam się z tymi uwagami, mimo, że są sformułowane nieco kaznodziejsko. OK. Popularyzacja idei przewodniej marki Poznań powinna być przeprowadzana przez osoby koncyliacyjne i godzące czyli, ponoć nie przeze mnie (mimo mojego anielskiego usposobienia). Ale tak już jest. To robi Łukasz Goździor, i robi to bez niepotrzebnych polemik i kontr, choćby słusznych. Jest spolegliwy, cierpliwy, łagodzący. Jak dobry most na Odrze, który nie dzieli, a łączy. Tonizuje i amortyzuje.
Ani ja, ani nikt z zespołu projektantów nie ma takiego obowiązku. Oczywiście, miło jest jeśli konstruktor silnika zapytany o zasadę tłumaczy spokojnie i spolegliwie, o co chodzi. Tak byśmy pewnie zrobili. Ale nikt nie był zapytał, o co chodzi. Dość przypadkowi (przepraszam) choć zacni komentatorzy, przyzwyczajeni do pewnej polskiej praktyki zaatakowali kolor osłony silnika z marszu, argumentami skazanymi na porażkę. Ich ryzyko. Odpowiedziałem ostro, może istotnie za ostro, ale wyłącznie kontrargumentami. Żadnego nie obalono. Epitety "bezsensowny", "chamski" czy "pseudonaukowy" ani mnie nie obrażają, ani nie przekonują. Może jestem chamski. A może ktoś inny jest strachliwy i siebie niepewny? A może do tej pory utarła się dziwaczna zasada, zgodnie z którą krytyka powinna być ostra, a odpowiedź - potulna. Może jak się włazi na ring, żeby szturchać i prowokować, to nie powinno się mieć pretensji po prawym prostym w zęby? A jeśli nawet krytyka nie można krytykować i Marek Bańczyk jest chamem, który gwałci wolność krytyki rozmaitych specjalistów. To co z tego? Czy współautor strategii marki miasta musi być Wujkiem Dobra Rada? Czy od konstruktora odkurzacza oczekuje się np. ugodowego charakteru i sentymentalnej duszy? Czy jednak znawstwa swoich spraw? A od szewca? Powinien robić solidne buty czy zwyciężać w castingu na Sobowtóra Matki Teresy?
Skąd założenie, że po dość krzykliwym ale błahym ataku na tezę, autor tezy powinien być wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie? Macie coś do powiedzenia? Mówcie śmiało i ostro. Nie? Milczcie. Jaki sens mają czterdziestokrotne podkreślania banałów w stylu „należy kooperować”? Czy z takich bezpiecznych frazesików powstało kiedykolwiek coś nowego? Marka? Produkt? Projekt? Patent? Przełom? Coś? Ayn Rand przewraca się w grobie.
Co ciekawe, artykuł red. Wybieralskiego, najmłodszego i najostrzej przeze mnie potraktowanego, jest zdecydowanie najciekawszy i jako jedyny dotyczy istoty rzeczy. Paralela: Poznań miasto know-how/Korporacja jest intelektualnie prowokująca. Nawet jeśli pozycjonowanie Poznania nie jest wcale ściśle biznesowe a know-how to element konieczny również np. dzikiego seksu orgiastycznego, pewne atrybuty korporacji w warstwie symbolu rzeczywiście mogą zbliżać się do idei know-how. Korporacja to m.in. gwarancja standardu, pewność doprowadzenia procesu do końca, zaufanie do dopracowanej technologii. Miasto know-how jest bardzo blisko tych pojęć. Oczywiście, można łatwo dowieść, że korporacja nie jest ewidentną katastrofą, że większość nienawidzi korporacji i ta sama większość tęskni do niej, nie przetnie pępowiny i nigdy jej nie opuści. To taki love-hate relationship. Doceniamy i szanujemy, choć nie lubimy. Podobnie, nie wszystkie miasta są bardzo lubiane. Ani Barcelona nie jest np. w Estramadurze. Ani Mediolan w Kalabrii. Ani Monachium w Meklemburgii. No i co z tego? Wolelibyście być Barceloną czy Caceres? Mediolanem czy Bari? Monachium czy Rostockiem? To konkurencja, a nie - konkurs na Miasto Uśmiechu.
Jednak przesadna korporatyzacja przekazu marki Poznań jest zagrożeniem, Wybieralski dobrze kombinuje. Bierzemy to pod uwagę. Know-how musi być przyjazne, zapraszające, oferujące rozwiązanie, a nie - szpanersko-samochwalne. Poznańskość powinna stać się stanem ducha, nie - przywilejem urodzenia czy uprawnieniem wyrobnika. Musimy stanowczo pokazać zielone światło poznaniakom z wyboru. Damy radę. No ho, tej.
Dziękuje za wszystkie wskazówki i wypowiedzi. Niektóre są adresowane de facto do Nawigatora. Inne - mogą być pomocne w modulowaniu strategii. Bez złośliwości ale i bez fałszywego uznania, nic nie mogę zrobić z propozycją ograniczenia sześcioelementowego modelu marki do jednego elementu. To chyba jakieś przejęzyczenie, coś takiego w przyrodzie nie występuje. To tak, jakby ograniczyć samochód do jednego koła. Nie chcę ponownie zbyt mocno merytorycznie uderzyć Pana Drobczyńskiego, dziękuję za intencje, może powinniśmy się spotkać osobiście. Łamy "GW" to zbyt drogie medium do objaśniania modeli i założeń.
Natomiast, pojedynek na ostre i dowcipne cytaty może rozświetlać debatę publiczną, o ile nie zajmuje za wiele miejsca i obie strony mają dość pewności siebie, żeby się zaśmiać, a nie - wpadać w najeżone wykrzyknikami dygotanie. W końcu to tylko prasowa polemika, kolorowanka tego niekiedy nudnawego życia. Na "Miałeś Chamie Złoty Róg" naprawdę chciałem odpowiedzieć, bo bardzo mi się ten chwyt spodobał. Niestety, adwersarz mnie wyręczył. No bo kto u Wyspiańskiego wypowiada te słowa? Chochoł. Jak ktoś sam nieopatrznie robi z siebie słomianą głowę, co mogę dodać? Moje chamstwo lub anielstwo jest bez znaczenia. I po co ta smętnopolska maniera wiecznej klęski i utrapienia? Utracony róg? Przecież jeszcze na dobre nie rozpoczęliśmy pierwszej kampanii marki Poznań. Wyrugujmy z naszego organicznego regionu te chwasty skądinąd dziarskiej Słowiańszczyzny. Wyrwijmy z korzeniami to wieczne biadolenie, makabry wypatrywanie, żywot wiecznie nędzny amen.
Poza tym - głowy do góry. Wszystko będzie dobrze. Teraz wszyscy mamy jedno zadanie. Wytłumaczyć UEFIE że pomijając najlepiej merytorycznie przygotowane miasto chyba się trochę zbłaźni. Macie pomysły? Każda głowa się liczy. Trzy-Czte-Ry.
Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań
__________________